widok na bazylikę św. piotra w rzymie
Tuż po śniadaniu, wyruszamy w kierunku stacji Termini, by metrem udać się w okolice Watykanu. O godz. 10:00 Maciek strzela fotografie krążącemu po Placu Św. Piotra papieżowi Franciszkowi, zmierzającemu na audiencję.

Stoję nieco w oddali. Patrzę na ludzi, którzy zebrali się wokół mnie. Są siostry zakonne o azjatyckiej urodzie, są rodzice z dziećmi słuchający z zaciekawieniem słów papieża, są i turyści, którzy pozując przed swoimi telefonami w nieskończoność ponawiają te same ujęcia selfie.

Lustruję architekturę wokół placu. Po raz kolejny przekonuję się, że „media kłamią”. Oglądając ujęcia z Watykanu w telewizji miałam zawsze wrażenie, że to potężne, wielopiętrowe budynki. Na żywo okazuje się, że owszem, budowle są imponujące, ale nie przytłaczają swoim ogromem, są proporcjonalne, klasyczne, dopracowane.

Oczekując na wejście do watykańskiego muzeum, znajomy zaprasza nas na kawę w stylu włoskim – szybką i mocną. Wchodzimy do kawiarni Wine Bar De’Penitenzieri. Jest tam głośno, ciasno, pachnie kawą i przygodą – Włochy w pełnej krasie! Na stojąco i w ekspresowym tempie pijemy swoje espresso. Po wyjściu na ulicę, dostajemy jeszcze instrukcje, że warto zajrzeć do kościółka, który stoi naprzeciwko. Wchodzimy tam więc i podziwiamy detale architektoniczne, po raz kolejny czując się jak u siebie – w jednej z kaplic znajduje się obraz Jezusa i figura św. s. Faustyny, z Polski, z naszych Łagiewnik. To kościół Św. Ducha de Sassia.

Zmierzając z powrotem do Watykanu, mijamy na ulicy arcybiskupa Józefa Kowalczyka. Rzym zaczyna przypominać mi nieco Kraków – gdziekolwiek nie pójdziesz, niemal codziennie masz szansę spotkać kogoś, kogo znasz, lub kto zna Ciebie.

Wchodzimy do watykańskich muzeów. Jestem tu po raz pierwszy, nawet nie marzę o tym, że zobaczę wszystko, co chcę. Widząc prędkość zwiedzania, mapuję tylko w pamięci i na rejestratorach zewnętrzych najważniejsze dla mnie obiekty i fakty, na których dogłębne zbadanie trzeba będzie przeznaczyć więcej czasu. Płacić za wstęp i nie mieć możliwości na obejrzenie wszystkich egipskich kocich statuetek lub zabawnego Merkurego przycupniętego gdzieś pod ścianą? Nie może tak być! Następnym razem trzeba wrócić w to miejsce z dokładną marszrutą. A tymczasem, filtruję pośpiesznie zachwycający obraz Ponziano Loveriniego „Męczeństwo św. Aleksandra z Bergamo”.

Między postumentami dostrzegamy postać chłopca o negroidalnych rysach twarzy. Dyskutujemy przed nimi chwilę o tym, czy nie było tak, że jakiś starożytny artysta odwzorował murzyńskie dziecko jako ciekawostkę? Przecież czasy antyku to pełnia handlu niewolnikami. Nie mamy czasu na dłuższe dywagacje, idziemy w kierunku sali Sobieskiego.

Cieszy mnie koncepcja sali polskiego króla i jego wiedeńskiej odsieczy docenionej na wzgórzu watykańskim. Podziwiam dzieło Jana Matejki, kolory, dynamikę sceny (nie widzę tutaj, drogi Czytelniku powodu, aby nadal zachwycać się talentem naszego malarza. Jest to tak oczywiste, że aż nie wypada mi pisać o tym nic więcej).

Przebiegamy przez Salę Klementyńską z malowidłami kolejnego mistrza, Michała Anioła. Nie celebruję tu jego artyzmu, jest tylu turystów, że nie wiem nawet, czy potrafiłabym odtworzyć w pamięci to, co dopiero widziałam. Zmierzamy więc w kierunku kolejnych dzieł umiejscowionych tym razem w samej Bazylice Św. Piotra.

Dowiaduję się (oczywiście od Macieja), że wbrew popularnym opiniom, nie jest to centralne miejsce wiary katolickiej we Włoszech. Najważniejszą bazyliką jest ta na Lateranie, do której planujemy dotrzeć jutro.

Adesso, jakie mam przemyślenia związane z Bazyliką?

  1. Pieta. Cóż mogę napisać – piękno w każdym calu. Przykro jest mi patrzeć na scenę śmierci dziecka w ramionach matki. To wstrząsające. Dobrze jest mieć świadomość, że po trzech dniach nastąpiło Zmartwychwstanie.
  2. Kaplica św. Sebastiana z grobem św. Jana Pawła II. Niepozorna. Gdyby nie napis na marmurze grobowca, nie zwróciłabym łatwo uwagi na to miejsce. Szczęśliwie dla pielgrzymów zmierzających do naszego papieża, znajduje się blisko wejścia do bazyliki, zatem o ile ktoś wie, czego szukać, trafi tam w dość prosty sposób.
  3. Konfesja św. Piotra. Coś, co jest dla mnie symbolem tego miejsca. Zawsze ciekawiła mnie kolumnada okalająca ołtarz. Obejrzana na żywo, robi równie duże wrażenie, co podczas relacji telewizyjnych.
  4. Kopuła bazyliki. Ciekawością byłoby spojżeć centralną osią w górę, w samo „oko” kopuły. Nie jest to jednak możliwe, gdyż środek kopuły znajduje się nad ołtarzem w Konfesji św. Piotra, nad grobem pierwszego papieża.
  5. Witraż Świętego Ducha. To kolejne dzieło zasłużonego dla miasta wybitnego rzeźbiarza i kobieciarza, Berniniego. Widziany wielokrotnie w rozmaitych publikacjach i na zdjęciach w albumach, zrobił na mnie duże wrażenie. To kolejny dowód na to, że swoją wiarę należy przeżywać i doświadczać, pozwalać sobie na jej weryfikowanie.

Środowe wyjście do Watykanu, wieńczymy kawą pitą na ul. Borgo.

Wieczór przeznaczamy na zwiedzanie okolicy naszej bazy noclegowej. Gdziekolwiek nie pójdziesz w Rzymie, tam trafisz na coś ciekawego. Dla mnie, jako religioznawcy, jest to nieskończone źródło wiedzy i inspiracji. Wychodząc zatem z Via dell’Olmata skręcamy w prawo, „do Praksedy”.

Okazuje się, że ten ciemny (przecież jest już wieczór) kościółek jest w randze bazyliki. Panuje w nim cisza, atmosfera skupienia, powagi. Nad głowami rozciągają się mozaiki. W niszy po prawej stronie odkrywam relikwię, która wg tradycji stanowi świadka biczowania Chrystusa, to do tego fragmentu filaru miał być przykuty Jezus i odbierać cielesną karę za swoją naukę. To kolejne wstrząsające dla mnie miejsce. Nawet, jeśli okazałoby się, że ten filar nie brał udziału w wydarzeniach z życia Jezusa, nie zmieniłoby to wiele w moim postrzeganiu, fakt biczowania jest niezaprzeczalny i to właśnie do niego mają odwoływać naszą uwagę wszelkie artefakty przypisywane temu wydarzeniu.

Wnętrze świątyni robi na mnie wielkie wrażenie. To kolejne centrum, które dla poszukującego wiary człowieka może stać się kluczem do odnalezienia jej, do jej doświadczenia i nazwania.

Idziemy wzdłuż Via di Santa Prassede, skręcamy w lewo do głównej ulicy Via Merulana i na przeciw nas ukazuje się tak dobrze znany wizerunek „naszej polskiej” Matki Bożej Nieustającej Pomocy. To kościół św. Alfonsa de Liguori, własność redemptorystów. Wchodzimy do środka, akurat trwa polska msza św. Nie zwiedzamy więc wnętrza, kierujemy się w stronę Piazza di Santa Maria Maggiore, aby zrobić jakieś drobne, słodkie zakupy w pobliskim markecie.

Następnie, swoje kroki kierujemy tam, gdzie „nas oczy poniosą”. Wiedzeni jesteśmy zapachem (ponownie! u progu nocy!) kwiatów i śpiewem ptaków. W tych bajecznych dźwiękach, Maciej „rozpoznaje” barwę skrzeczenia papug, zatem niech i tak będzie. Ad vocem – w zamierzchłych czasach przeszłości miałam w domu papugę, znam więc „słowiczy śpiew” tych uroczych ptaszysk. Niech mu jednak będzie…

Mając trochę czasu w tzw. zanadrzu, wracamy do naszej knajpki „Farini”, przy ulicy o tej samej nazwie. Jemy tam każdego dnia, pijemy aksamitne wino, a dzisiaj przed kolacją wybieramy cafe latte i espresso. Kontynuując kolację z tradycyjnym wstępem – bruschettą (która dla mnie sama w sobie jest tak pyszna, że mogłaby być daniem głównym), otrzymujemy nieograniczoną ilość wina, spaghetti, sałatkę z kurczakiem i małe słodkie kulki na deser.

Nie pytam siebie, czy odpoczywam. Ja TYM ŻYJĘ! Bezgranicznie cieszę się, że jutro kolejny dzień zwiedzania Rzymu.

Share: