wizerunek św. antoniego
Nie ma czasu na sen. To Włochy, tutaj śnienie to strata czasu. Trzeba doświadczać życia, nie marzyć o nim, a tautologicznie pisząc, „przeżywać życie”, a nie „przeżuwać je”. Budzimy się więc ok. 4:00 godziny, pakujemy najpotrzebniejsze rzeczy, czyli sprzęt foto, peleryny (podczas ostatniego pobytu na Gargano, Maciek zmókł nieco, dlatego uprzedza, aby zapewnić sobie suchy schron), jedzenie i drobną walutę, do szybkich zakupów na stacjach benzynowych.

Otwieram okiennice, jeden z moich prywatnych symboli Rzymu, i rozpoczynam cudowny dzień. Czekając na pojazd, słyszę opowieść bywalców tej lokalizacji, że składowisko folii, paczek i czegoś, co służyło chyba kiedyś jako banner reklamowy, obecnie jest bezpieczną metą dla bezdomnej Niemki, która na rogu via Olmata i ulicy z bazyliką Santa Maria Maggiore uczyniła sobie mieszkanie. Faktycznie, obchodząc konstrukcję ułożoną na chodniku, widzę spod lufciku gwarantującego dopływ powietrza, obutą kończynę. Łączę fakty i potwierdzam sobie, że rzeczywiście, Niemka śpi, jest u siebie. Może czuć się bezpiecznie, wszak po drugiej stronie ulicy całą dobę stacjonują dwa patrole żołnierzy, pilnujący porządku przed strategicznym punktem sakralnym w mieście.

Jedziemy przez Rzym kręcąc się między akweduktami, brukowanymi alejami, palmami. Świat rozjaśniają jedynie uliczne latarnie, a na chodnikach stoiska z kwiatami wydają się być czynne całą dobę – sprzedawcy stoją przed nimi w najlepsze, paląc papierosy, dyskutując z nocnymi markami, którzy znaleźli się w ich okolicy. Ciekawi mnie to niezmiernie, jednak wiedząc, że do celu mamy dotrzeć na godz. 9:00, zasypiam czym prędzej, aby wzmocnić nieco swoje siły przed długim zwiedzaniem.

Coś po godzinie 7:00 budzi mnie jasność za oknem. Na horyzoncie po prawej stronie piętrzą się w odcieniach czerwieni gór Abruzji, po lewej zaś, bajkowe kopce ze ściętymi szczytami, które widziane pod wschodzące słońce, wydają się być ogromnymi termitierami*. Chłonę to wszystko z zachwytem, celebruję piękno każdego widoku, jaki przedstawia się moim oczom. Po kilku minutach powietrze oczyszcza się z mgieł na tyle, że już wiem, iż te fantastyczne prostokątno-zakończone wzgórki po lewej stronie, to nie szczyty masywów górskich, a coś, co wygląda z jednej strony na hałdy potężnego wysypiska śmieci (wersja moja), z drugiej zaś, na odkrywkę jakiegoś surowca (wersja Maćka).

Przypomina mi się w tej chwili powtarzane często przez Maćka przysłowie: „Mądry nie zauważy, a głupi pomyśli, że tak ma być”. To pierwszy raz, kiedy w doświadczaniu „innego” na ziemi włoskiej będę przypominać sobie te słowa, nie wiedząc do końca, w której grupie się ulokować. (Po powrocie do mieszkania rozwiązujemy zagadkę – widziane z autostrady wzniesienia to kopalnia odkrywkowa marmuru. Punkt dla Maćka).

Przed godz. 10:00 wysiadamy opodal bordowego gmachu szpitala zainicjowanego intencją nieprzeciętnego Włocha z Pietrelciny. Przechodzimy obok głównego wejścia i – nie wiem, jak pozostali – czuję się „u siebie”. Przed drzwiami chorych i gości wita postument Polaka, Jana Pawła II.

Skręcamy w prawo na plac przed klasztorem OFMCap. i czekamy na przewodniczkę, która w detalach opowiada nam najciekawsze zdarzenia i historie związane z tym miejscem i postacią o. Pio. Zanim wkroczymy do Bazyli Matki Bożej Łaskawej, moją uwagę przykuwają po prawej stronie wzniesienia ze szczytem Monte Calvo. „Muszę tam iść!” – ta idea świta w mojej głowie, w oczach Maćka widzę ten sam pomysł. Postanowione – następna wizyta na Gargano będzie „przechodzona” wszerz i wzdłuż półwyspu. Dzisiejsza wizyta to dopiero rozpoznanie, pierwsze spotkanie z miejscem. Na eksplorację przyjdzie jeszcze czas.

Zwiedzamy bazylikę, następnie idziemy do sanktuarium św. o. Pio. Rozbudowany budynek, o nie do końca zrozumiałym dla mnie kształcie, staje się kolejnym odnotowanym punktem na mapie wyjazdu. Czekam na spotkanie z nim, Świętym. Drogę do kaplicy z jego ciałem przemierzamy korytarzem z maestrialnie wykonanymi mozaikami z życia św. Franciszka z Asyżu i św. Pio. Wchodzimy do kaplicy, gdzie Święty śpi i zbiera intencje odwiedzających go.

Dotykam dzielącej nas szyby. Mówię mu o swoich planach. A on, jak to Włoch, uśmiechem na twarzy potwierdza, że będzie, co ma być, nic innego się nie zdarzy niż to, co ma się wydarzyć. Ot. Dobrze, św. Pio, niech tak będzie. Tylko pilnuj, żeby codzienność nie zawładnęła mną do końca, żeby w chmurze zadań i zleceń, wiedzieć co jest naprawdę ważne.

Ok. 12:00 uczestniczymy w mszy św. w kaplicy kapucyńskiej, w której stoi konfesjonał o. Pio. Przypadkiem dowiadujemy się, że uczestniczymy w jubileuszowym roku obchodów pięćdziesiątej rocznicy śmierci Świętego.

Po eucharystii, idziemy na obiad i sprawdzić, czy są jakieś pamiątki, które warto zabrać rodzinie. Kupuję dla siebie włoski kalendarz z o. Pio, z nadzieją, że pomoże mi to „opatrzeć się” na codzień z włoskimi nazwami miesięcy i dni tygodnia, co z pewnością przyda się podczas kolejnych odwiedzin Półwyspu Apenińskiego. Po obiedzie jeszcze kilka minut na obejście okolicy i doświadczenie przeze mnie czegoś niesamowitego. Otóż w środku jesieni, stojąc sobie ot tak, na poboczu czuję niezwykły zapach kwitnących drzew, coś między wonią kwiatów wiśni a jabłoni, bardzo intensywnie skumulowane wokół mnie. Jak nie kochać tego miejsca? Słońce, ciepło, wiosna w jesieni… Zostałabym tam jeszcze kilka godzin i chłonęła ten aromat, ale czas udać się z wizytą do św. Michała Archanioła, na jego górę.

Wspinamy się do umieszczonego na szczycie sanktuarium, z nadzieją, że wszystko pójdzie pomyślnie. Droga dość niebezpieczna, „wiraż na wirażu”, co budzi moje lekkie poddenerwowanie. Na szczycie zaś oddycham z ulgą i zmierzam w kierunku sanktuarium. Zanim tam jednak dotrę, podziwiam uroczą panoramę miasta. W oddali wody Adriatyku, poniżej platformy widokowej, miasteczko przytulone do skały. Uliczki obudowane przyklejonymi do siebie jasnymi domkami, z okiennicami i kwiatami na parapetach, a między nimi małe, rodzinne sklepiki z rękodziełem, pamiątkami, produktami spożywczymi. Sklepikarze „czują pismo nosem” i zanim coś powiem, już wołają do mnie „Dzień dobry!”. Kupuję sobie suszone pomidory, które uwielbiam i jestem ciekawa ich smaku, czy będą lepsze niż te nasze polskie, ze sklepu?

Schodząc schodami w dół uliczki, staję przez celem mojej wizyty. Sanktuarium Św. Michała Archanioła – skromne, proste, majestatyczne nie przepychem architektury, a poczuciem sacrum.

Maciek wskazuje palcem napis nad wejściem – „Terribilis Est Locus Iste Hic Domus Dei Est Et Porta Coeli” (Bojaźnią przejmuje to miejsce: tu jest dom Boży i brama niebios) „Non est vobis opus hanc quamaedificavi Basilicam dedicare ipsem enim qui condidi etiam et consecravi” (Poświęcenie tej bazyliki nie jest Waszą sprawą. Ten który ją wybudował, on sam ją dedykował i konsekrował.) Jestem ciekawa tego, co w środku. Schodzimy 86 stopni w dół. Po prawej, otwiera się przestrzeń z nawisem skalnym, pod którym umieszona została figura Archanioła. Spędzam w kaplicy nazwanej Niebiańską Bazyliką trochę czasu, widzę w zebranych obok mnie pielgrzymach z różnych zakątków świata skupienie, ciche szepty, składane św. Michałowi obietnice. Niestety, czas mnie nagli, muszę wracać. Maciek zwraca moją uwagę na tablicę potwierdzającą obecność w sanktuarium Szwedki, św. Brygidy. Później dowiadujemy się, że byli tam i inni święci katoliccy, m.in. Franciszek, który w poczuciu nicości nie odważył się wejść do środka kaplicy, jak i o. Pio, Mała Tereska, Gerard Majella czy nasz polski król, Zygmunt Stary.

Wracając na parking, znów towarzyszy mi podobny jak w San Giovani Rotondo zapach – rozkwit wiosny w sercu jesieni. Zapisuję na aparacie ważniejsze elementy architektury, fragmenty otaczającej przestrzeni, fortecy wzniesionej opodal sanktuarium. Czuję się w tym miejscu doskonale. Mogłabym

przechadzać się tymi uliczkami każdego dnia. Stawiam przed Św. Archaniołem wzywanie – jeśli chcesz mojej pomocy w swoich dziełach, tak pokieruj

wizerunek św. antoniego

sytuacjami, aby znalazło się dla nas miejsce do zamieszkania na tej górze, w jednej z tych cudnych, niekończących się kamieniczek. Jak potoczy się ciąg dalszy tej historii – zobaczymy. Odchodząc z tego miejsca wiem, że prócz moich Beskidów to dotychczas jedynie miejsce, w którym chciałabym mieszkać poza granicami Polski.

Powrót do Rzymu trwa bez mała sześć godzin. Około 21:00 jesteśmy u siebie w pokojach. Zamykam otwarte rano okiennice. Pięknie namalowany obraz św. Antoniego, który wisi nad łóżkiem przypomina „Silentium”. Tak, św. Antoni, czas spać, bo jutro rano wyruszamy do Watykanu.

Share: